0006-4609-oklladka2_b_sml_120

Tarnowskie baśnie i mity

Autor:  Michał Piętniewicz
Gatunek: Proza
Wydawca: Miniatura
Data wydania: 2012
Data dodania:  25 października 2012, 20:12:23
ISBN: 978-83-7606-427-7

Krótki opis:

To zbiór opowiadań, który powstał w trakcie lat moich studiów polonistycznych (I i II stopnia). Zawiera dwie prozy poetyckie, które powstały w trakcie studiów III stopnia. Jest trochę baśniowo, trochę magicznie, trochę naiwnie i dziecięco. Lektura dobra do wieczornej herbaty, kiedy światło lampy oświetla pokój i tekst.

Fragment:

Paweł

 

Paweł zawsze wiedział więcej ode mnie. Nadaremnie z nim współzawodniczyłem w odcyfrowywaniu tajemnego języka bogów, który znany był tylko mnie i jemu – ale jemu w większym stopniu. To on był mistrzem, podczas gdy ja byłem tylko uczniem. Siadywaliśmy w parku, w te długie dni letnie i czujnie nasłuchiwaliśmy odgłosów nicości; po pewnym czasie okazywało się, że oplątywała nas ona po mistrzowsku, a my z równą maestrią dawaliśmy się porwać jej mackom. Nicość przychodziła do nas w postaci nieśmiałych wyobrażeń o królowej śniegu, która spełniałaby wszystkie nasze żądania.
Gdy jednak królowa śniegu okazywała się być tylko białym pyłkiem strącanym z rękawa wyobraźni, ulegałem namowom Pawła i zabawy nasze przekształcały się w dwuosobowy teatr, w którym ja dostąpiłem zaszczytu bycia protagonistą, a Paweł był tylko drugorzędnym aktorem bulwarowych ról. Siadałem na jego masywnych plecach Lewiatana i uderzałem paskiem po jego pośladkach, aby przybliżyć ten cały wymarzony obszar sfery międzygwiezdnej, którego wspólnie, ze wszystkich sił pragnęliśmy. Paweł przeistaczał się niezwykle sprawnie w bujanego konia o papierowych skrzydłach, który na swym grzbiecie woził mnie ponad alejami parku – wykwitu najdzikszych i najśmielszych tęsknot ludzkich, które znajdywały swą ułomną realizację w zepsutych samochodach, nieustannie obracającej się karuzeli, samolotu, który już od paru dobrych lat tkwił w tej samej, zmanierowanej pozycji – to znaczy stanie nieważkości, gdy wskutek karkołomnych zaklęć mego przyjaciela Bolka zawisł metr nad ziemią i wreszcie łódki, w której nikt się nigdy nie huśtał, bo siłą swej wewnętrznej energii łódka poruszała się sama i nawet najwięksi śmiałkowie nie mieli odwagi zakłócić jej dostojnego spokoju odmierzanego przez niezmienną, monotonną podróż w tył i w przód, w przód i w tył, że nie wspomnę o muchomorze, pod którego czerwonym deszczem kąpały się urwisy uciekające przed swymi mamami, albo mamy i babcie czekające na swoje pociechy, wyciągające ze swoich toreb i reklamówek niezawodną receptę na uśpienie najbardziej nieokiełznanej nawet niesforności – bułki z serem i szynką, lub twarogiem ze szczypiorkiem i pomidorem. Widzieliśmy, mój rumak i ja te wszystkie kalekie płody ludzkiego ducha, ale tym razem nie raziły nas one – gnani jakimś niezmordowanym imperatywem, ogarnieni przez gęstą mgłę parkowych powikłań i zależności, nie zauważaliśmy tego, co trybie normalnym, w trybie nie zabawowym raziło nas w najwyższym stopniu, po prostu poddawaliśmy się wewnętrznym regułom zabawy, niewrażliwi na wszelkie aberracje roztapialiśmy się w zachwycie, który bezlitośnie narzucił nam swe prawa interpretacji tego co się dookoła nas i w środku nas działo. Po paru dniach takich lotów byliśmy wyczerpani. Jedliśmy wtedy dużo frytek i kokosowych draży, że nie wspomnę o butelkowej oranżadzie. W ten sposób odzyskiwaliśmy siły  pamiętając równocześnie, że staliśmy się bogatsi o zmęczenie, dzięki któremu mogliśmy na spokojnie przetrawić doświadczenie powietrznych wędrówek. Byliśmy chyba szczęśliwi, jeśli szczęściem można nazwać stan, kiedy się niczego od rzeczywistości nie oczekuje, nawet tego, by trwała w swej niezmiennej, bezpiecznej formie – a może zwłaszcza tego?
Zostawmy jednak na boku te filozoficzne pytania i spróbujmy odpowiedzieć na jedno, mniej filozoficzne, ale za to lepiej trafiające w istotę zagadnienia. Otóż nurtuje mnie co osiągnęliśmy dzięki tym podróżom, nurtuje mnie to tak dalece i dogłębnie, przewierca mnie to tak istotnie, sięga w głąb mnie z takim impetem, że czuję jak przenoszę się jeszcze raz do parku o twarzy zielonej i dobrej, na ławkę, na której wyryto nieśmiertelne napisy: Jacek+Ania= Wielka Nieskończona Miłość, na białą tratwę, w której przez parkową rzekę płyniemy Paweł i ja i stwory kasztanowe o włosach zrobionych z cienia.

 

 

 

 

 

 

Komentarze (2)

  • Już mam. Czytam.

  • Jak pięknie, że to o Tarnowie - moje miasto lat dziecinnych. Z pewnością przeczytam! :)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się